Autobusy

Mój znajomy pisuje na fejsie – „Jak się myśli to się wymyśli”. Podoba mi się to, więc próbuję. Skorelowanie myślenia z wymyśleniem jest trudne, ale ostatnio się udało.

Będąc niedawno w Londynie zauważyłem, że do autobusów londyńskich pasażerowie wsiadają przednim wejściem a wysiadają tylnym. Usiłowałem znaleźć gdzieś jakąś informację o tej regule, ale nigdzie niczego takiego nie było. Widocznie taki zwyczaj. Co ciekawsze, gdy na przystanku nikt nie czekał, pasażerowie wysiadali również przednimi drzwiami przy aprobacie kierowcy, który bez żadnych ceregieli otwierał im drzwi. Co innego, gdy na przystanku czekali pasażerowie. Wtedy, gdy jakiś leszcz z Europy wschodniej czy innej zdradzał zamiar wydobycia się z autobusu drzwiami przednimi, kierowca niczym strażnik Hogwartu trzymał drzwi zamknięte, dopóki ów delikwent nie zrobił zwrotu o 180 stopni w kierunku drzwi tylnych wyjściowych. Dopiero wtedy wpuszczał wsiadających. Wszystko odbywało się bez słów. Taki zwyczaj.

Wyobraziłem sobie, jak taki porządek zostałby wprowadzony w naszym kraju. Pierwszym etapem byłyby konsultacje społeczne na temat zasadności takiej organizacji ruchów wewnątrz autobusowo–przystankowych. Potem ukazałoby się stosowne rozporządzenie/uchwała/ustawa/dekret, które zawierałoby szereg wytycznych do organizacji tego ruchu. Oczywiście załącznikiem byłyby zasady oznakowania drzwi autobusowych, wykaz kar za nieprzestrzeganie prawideł wsiadania i wysiadania oraz określenie organów kontrolujących i zasad odwołania się od ich decyzji.

Następnym etapem byłoby oznakowanie drzwi autobusowych czytelnymi znakami wielkości średniej patelni z przekreślonymi ludzikami wchodzącymi i wychodzącymi w odpowiednich miejscach. Wyznaczając datę wprowadzenia wyżej wymienionych reguł, wprowadzający daliby łaskawie miesiąc pobłażliwości dla niefrasobliwców, usiłujących zaburzyć zadekretowana organizację ruchu pasażerów.

Po miesiącu do akcji wkroczyłyby odpowiednie służby kontrolno-represyjne twardo egzekwujące rozporządzenie/uchwałę/ustawę/dekret. Efektem tego byłby wzrost wpływów do kasy państwowej z tytułu mandatów i zmniejszenie bezrobocia z powodu konieczności zatrudnienia kontrolerów, co skwapliwie pokazano by w mediach jako sukces niebywały organu wprowadzającego rzeczoną rozporządzenie/uchwałę/ustawę/dekret.

Powstałby zapewne ruch kontestujący decyzję organu wprowadzającego ową regulację, którego przedstawiciele wypełniali by sporą część czasu antenowego mediów wszelakich i organizowali protesty w internecie i przed siedzibą odpowiedniej lub nieodpowiedniej instytucji.

W końcu głos zabrałby premier albo prezydent obiecując rychłe rozwiązanie problemu zgodnie z zasadą poszanowania praw mniejszości przy szacunku dla praw większości.

A londyńczycy jeżdżą i nie tłoczą się przy wejściach. Ach, jak człowiek myśli to wymyśli.

Dodaj komentarz

Kontakt